Cała ja

Ja piszę Ty czytasz, jasne?

O mnie dla mnie i dla Was czytelników

Disneyland, czyli o niemieckiej autostradzie, bo nigdy nie byłam dobra w trzymaniu się wyznaczonego tematu.

Łups stuku-puk w klawiaturę. Wróciłam z Disneylandu. Oszczędzając czas, notkę napisałam w samochodzie. (Tak – udało mi się namówić rodziców na zabranie laptopa na 14-godzinną podróż samochodem, owocem czego są dwa dokończone i jedno zaczęte opowiadania oraz jeden scenariusz do LARPa. No i ta notka.) 14-godzinna podróż samochodowa mojej rodziny oczywiście nie mogła obyć się bez przygód, bo to w końcu moja rodzina, a my zawsze czekamy 26 godzin na lotnisku, przebijamy dętki i tego typu sprawy… Ale o tym za chwilę. Przede wszystkim, chciałam się pochwalić, że z 1034 zrobionych zdjęć, ja jestem tylko na 6 (i to takich bez ostrości). To jest piękne. To jest mistrzostwo. To jest efekt bycia jedyną lustrzanko-literalną osobą w rodzinie. Chciałam się też pochwalić, że po tej podróży zmieniam nastawienie do uczenia się języków innych niż angielski i chyba polubię francuski. Zwłaszcza, że Francuzi ostentacyjnie nie uczą się angielskiego, jakby wciąż jeszcze mieli focha za spalenie Joanny. Zmieniam również nastawienie do Niemców. Spotkaliśmy bowiem Dobrego Niemca czy Niemieckiego Samarytanina czy jak go tam nazwać. Było to nawet stosunkowo zabawne, bo zabrakło nam paliwa na autostradzie. (Wybacz tato, wszystko wyszło na jaw.)

Ok, to może byłoby zabawne, gdyby nie fakt, że dwa dni wcześniej zepsuł nam się samochód – w centrum Paryża. Ale tam przynajmniej jakoś się dogadywałam („Zuza, chodź szybko, bo jakiś Murzyn coś do mnie mówi i go nie rozumiem!”), a po niemiecku to u nas w rodzinie nikt nie rozmawia. W Paryżu udało mi się zorganizować w jakiejś kafejce akcję pomocy dla biednych Polaków, którzy mają samochód, który „ne marche pas”, a w nim siedzą „deux petites sœurs” i na domiar złego „nous n’avons pas d’assistance”. Francuzi z kafejki bardzo się przejęli i obdzwonili przyjaciół, niestety nie byli w stanie pomóc bardziej, niż dając skorzystać z toalety bez opłaty. Najbardziej zaangażował się zaś ww. Murzyn ze szpitala, przed którym stanęliśmy, bowiem kilka razy wychodził patrzeć, jak nam idzie. Próbował nam pomóc. Na przykład radził tacie, żeby najpierw spróbował włożyć kluczyki, a dopiero potem ruszać. Podziękowaliśmy mu grzecznie i uznaliśmy, że był uroczy, ale Ameryki nie odkrył. (Czarny człowiek do Ameryki dotarł dopiero w transporcie niewolników - ale to chyba niepotrzebna dygresja.) Po dwóch czy trzech godzinach przyjechał jakiś śniady, który miał samochód obejrzeć za 300 euro. Miał też mówić po angielsku, ale tego cena najwyraźniej nie obejmowała i po raz kolejny musiałam wcielać się w tłumacza. Wiem już jak jest „wał korbowy” i „alternator” po francusku (wciąż nie wiem co to, ale wiem, że kosztuje 600 euro). Facet obejrzał samochód i uznał, że trzeba go zabrać na warsztat. Tu nam lipa, bo hotel mieliśmy 40 kilometrów pod Paryżem, a dnia następnego, punktualnie o 12 nasze rzeczy zostałyby bezbożnie wywalone. Szczęśliwie, udało nam się złapać chińskiego taksówkarza (naród francuski pod**ada – prawdziwych Francuzów chyba już nie ma), który nas tam podwiózł. Nas, znaczy mnie, mamę, babcię i siostry, bo tata postanowił spędzić czarowną noc w samochodzie, przed warsztatem. Naprawionym samochodem wrócił po nas do hotelu dzień później koło południa. To był fuks, że nikt nas nie zdążył do tego czasu wywalić z domku.

Teraz w świetle tych wydarzeń spróbujcie sobie wyobrazić, że samochód nagle staje wam na autostradzie, 5 kilometrów od stacji benzynowej i siedzicie, czekając na zbawienie tudzież mechanika. Mój tata biegał – dosłownie - sobie po Unychiu (należy nadmienić, że jego kondycja jest w stanie doskonałym – niemalże nieużywana), a ja z resztą familii umierałam w samochodzie z nudów, pragnienia i zamartwiania się czy to benzyna, czy wał korbowy, czy inne ghroźnie-brzmiące gówno i czy będziemy musiały łapać stopa. Po godzinie na horyzoncie pojawił się ojciec z kanistrem diesla i...
Czy to ptak? Czy to samolot? Nie! To aryjczyk z serwisu Opla! Okazało się, że to jednak benzyna – konkretnie jej brak. Większym zdziwieniem było jednak, że Niemiec okazał się być Dobrym Człowiekiem i nie dość, że z tatą przytruchtał z tego Unychia, to jeszcze pomógł odpalić i nie chciał za to pieniędzy.


A jak było w Disneylandzie? No a jak może być w Disneylandzie. No fajnie, no! Nawet taki stary, zgorzkniały piernik jak ja dobrze się bawił.
Kończę, bo zaraz stajemy na stacji benzynowej (więcej razy już nam paliwa nie zabraknie!), a ja planuję rozprostować nogi. Pa pa.

To je talent, tego nie ukryjesz.